Klub Biegacza "Korona Pabianice"


...po prostu radość biegu, ...a maraton?... jest ukoronowaniem przyjemności.

Korona Pabianice

PRZEKLĘTY DIABLAK, czyli 1 x BABIA
Relacja z biegu górskiego w Zawoi - 23.08.2014
Godzina ósma rano 23 sierpnia 2014 roku. Podjechaliśmy na parking przy wyciągu narciarskim Mosorny Groń w Zawoi. Piotr, Adam, Jakub i ja – gotowi, pozytywnie nakręceni, uzbrojeni w niezbędne akcesoria; biegowe buty, ulubione koszulki, kurtki, plecaki z wodą, zapasy węglowodanów, mapki, składane kubeczki, naładowane telefony, kijki, czapeczki i na wypadek słońca, okulary. Debiutanci biegów górskich, można tak powiedzieć, gdyż dla niektórych z nas był to pierwszy lub drugi start w zawodach na takim terenie.
Powietrze było rześkie, ale z obietnicą słońca. Stanęliśmy pomiędzy gromadzącymi się przed budynkiem zawodnikami i chłonęliśmy atmosferę górskich zawodów ultra. Nareszcie odprawa, omówienie trasy, punkty odżywcze, punkty kontrolne, obowiązkowe wyposażenie. Jeszcze parę zdjęć i udaliśmy się na start. Przed nami ok. 45 km i ponad 2800 m przewyższenia, choć jeszcze kilka dni wcześniej miało być 39 km i 2200 m przewyższenia, czyli 1 x Babia.
Zacisnęłam wiązanie moich pierwszych Salomonów, którym powierzyłam swój los, włączyłam endomondo i ruszyliśmy…
Biegłam lekko, pełna nadziei i szczęśliwa, nieświadoma tego, co mnie czeka. Droga była kamienista, ale dość ubita i nie sprawiała większych kłopotów w pokonywaniu niewielkich wzniesień. Biegliśmy w większej grupie, więc mogłam obserwować innych biegnących, wyprzedzać lub zwalniać, to dawało mi pewne odniesienie. Nie musiałam zwracać większej uwagi na oznaczenia trasy. Nagle grupa zaczęła zawracać. Raz w jedną, raz w drugą stronę. Stanęliśmy. Okazało się, że czołowi zawodnicy wybrali niewłaściwą drogę, bo strzałka prowadziła donikąd. Ktoś zadzwonił do organizatora, ktoś szukał wstążek. Podobno niektórzy w ogóle zawrócili i zeszli z trasy. Cierpliwie czekałam na zakończenie tego zamieszania. Nie czułam presji czasu. Wydawało mi się, że mam go aż nadto…Strzałek było kilka, strzałki powrotne, i w górę, 1 x Babia, 6 x Babia. W końcu ktoś zadecydował i ruszyliśmy dalej.
Było coraz bardziej pod górę, kamieniście i ciężko. Kamienie wbijały się w podeszwy stóp, zmieniały się w głazy, były coraz większe i większe. W pobliżu Akademickiej Perci nie było już mowy ani o biegu, ani truchcie. Nawet marsz stał się niemożliwy. Podejście pod Babią Górę wymagało dużego wysiłku i mocnych nóg. Ktoś z tyłu żartował, że wchodzę co cztery kamienie, że mam dobre tempo i że za mną nie nadąża. Uśmiechnęłam się do siebie. A potem wchodziłam z kamienia na kamień coraz wolniej, i nogi stawały się coraz cięższe jak te kamienie. Każdy krok podpierałam o kijek, a te wbijały się pod naciskiem w ziemię, w szczeliny. Skały, łańcuchy, liny, wielka przestrzeń była piękna i niebezpieczna. Byłam już zmęczona. Bałam się o każdy krok, bo wiedziałam, że nie mogę popełnić błędu. Jeszcze tylko przejście po wąskiej półce i stos kamieni, by dotrzeć na szczyt. A w głowie pulsujące słowo: limit, limit, limit…
Na Babią dotarłam dziewięćdziesiąta dziewiąta, dwie minuty przed końcem dwugodzinnego limitu. Pierwszy punkt zaliczony. Turyści, zawodnicy, wolontariusze…nie wiedziałam, gdzie iść dalej. Tam było tak pięknie, ale nie było czasu podziwiać widoków, tylko dalej, dalej, w dół. Limit na pierwszym punkcie wydłużono o 10 minut, potem o 30. To z powodu zagubienia się dużej grupy zawodników na pierwszych kilometrach.
Zbieg z Babiej prowadził szlakiem gęsto obleganym przez turystów. Przypominał trochę slalom, gdy omijałam starsze panie, panów i dzieci. Nie trwało to jednak długo, bo trasa poprowadziła nas teraz poza szlak przez gęstą kosodrzewinę, a potem ostro w dół przez jagodowe pola. Nie było widać stóp, jak obiecywał organizator. Buty ślizgały się po wilgotnych kamieniach i błocie, a dłonie zaciskały się boleśnie na sterczących gałązkach jagód. Co parę metrów traciłam równowagę i leciałam na bok, by nie zsunąć się ze skarpy. Pierwszy punkt odżywczy. Nie byłam głodna, gdyż po drodze systematycznie jadłam ulubione galaretki i piłam wodę. Jednak zatrzymałam się na parę chwil. Złapałam banana, schowałam kijki i poszłam dalej. Coraz rzadziej spotykałam kogoś na trasie. Gdy ktoś się pojawił dodawaliśmy sobie otuchy, żartowaliśmy i przedzieraliśmy się przez chaszcze i wielkie zwalone pnie drzew, po dzikich stromych stokach. Ktoś chciał już wracać, kogoś łapały skurcze, lub w milczeniu znosił narastające zmęczenie.
U Słowaków kolejne zgubienie trasy. Były trzy opcje: prosto, w lewo, lub w lewo i zaraz w prawo. Strzałka usytuowana na drzewie dwadzieścia metrów za rozwidleniem dróg, prowadziła donikąd. Kilka osób sprawdzało wszystkie drogi, lecz nigdzie nie było dalej wstążek. Zresztą już wcześniej strzałki wskazywały dziwne kierunki, np. w górę do nieba lub krzywo w bok. Kolejny raz staliśmy bezradni. W końcu podzieliliśmy się. Jedni poszli z powrotem wzdłuż strumienia, a my za strzałką w drogę, gdzie nie było drogi, przez jagodziny. Po kilkunastu minutach, jakimś trafem, spotkaliśmy pozostałych biegaczy.
I znowu czekała nas wspinaczka przez krzaki i gęsty las, aż do stromej skałki. Bez pomocy Mateusza, chłopaka, którego wcześniej łapały skurcze, nie dałabym rady. Przy skałkach spotkałam też Kubę. Odtąd było mi raźniej i razem pokonywaliśmy kolejne kilometry. Parliśmy do przodu. Po kolejnym punkcie odżywczym nabraliśmy nieco siły. Kanapki z serem i gorąca herbata czynią cuda. Jednak z czasem, a byliśmy około trzydziestego kilometra, coraz gorzej czułam się na zbiegach z powodu bólu mięśni. Kuba starał się biec z obitą i naciągniętą kostką, a Mateusz zatrzymywał się co jakiś czas nie wytrzymując coraz silniejszych skurczy.
Na Małej Babiej byliśmy na czas, czyli zmieściliśmy się w limicie. Zostaliśmy pokrzepieni dobrym słowem przez wolontariuszy. Mateusz dostał batona na jego skurcze i zdecydował się biec jeszcze dalej. Dobrze nam się wtedy biegło, choć już wszystko bolało. W drodze, w cierpieniu ludzie się jednoczą, pojawia się współczucie, solidarność i chęć wspólnego dążenia do celu. Mówi się, że w ilości siła. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Razem szliśmy, wspieraliśmy się, pomagaliśmy sobie wzajemnie. Jak wtedy rywalizować? I jak pobiec?
Ale w końcu droga zrobiła się na chwilę płaska i po milczącym przyzwoleniu, oderwałam się od naszego trio. Biegłam po wąskich ścieżkach okalających górę, gdy nagle usłyszałam rozdzierający skałę krzyk… Była już daleko, ale przerażona zawróciłam trochę, by sprawdzić, co się stało. Wołałam, a z oddali usłyszałam jak echo głos Mateusza. To tylko skurcz, lecz nie wiem czy aż tak bolesny, czy to dla mnie wszystko stało się tak dotkliwe i ważne. Uspokoiło się… Mateusz szedł pod opieką Kuby, a ja pobiegłam przed siebie z tysiącem myśli i wątpliwości. Zdałam sobie sprawę z tego, że nie przyjechałam do Zawoi, żeby coś wygrać, żeby zająć któreś miejsce na liście. Chciałam dobiec do mety, to był mój cel. Ale DROGA…Nie jest najważniejsze, jak szybko się ją pokona, ale w jaki sposób…i co nam po niej zostanie, że ważny jest drugi CZŁOWIEK…i że nie wolno zostawić kogoś zwłaszcza w górach, bez pomocy. Teraz biegłam sama. Było łatwiej, bo ciągle w dół, po szlaku. Ale zdana na siebie. Myślałam o tych, którzy są już na mecie. Słyszałam muzykę płynącą z doliny, i o tych, którzy są za mną, którzy zostali. Miałam przeczucie, że i tak mnie dogonią, a może tego chciałam… Przy schronisku na Markowych Szczawinach wolontariusze i turyści klaskali mi i dopingowali. Byłam wdzięczna i wzruszona. Samotna walka topiła skałę, choć wiedziałam, że muszę być dzielna…jak w życiu. Jeszcze zdjęcie przy kierunkowskazie i dalej już z górki. Muzykę było słychać coraz głośniej, ale to złudne wrażenie, że zaraz będzie meta, denerwowało mnie.
Zmierzchało… Za mostkiem szeroka droga do Zawoi. Moja radość nie trwała zbyt długo. Pobiegłam parę metrów, a tu kolejna strzałka skierowana w ciemne zarośla, pod stromą górę. Nauczona doświadczeniem kilkunastu godzin, że trasa jest trudna i często poza szlakiem, zaczęłam wdrapywać się chwytając się trawy i gałęzi. Gdy zorientowałam się, że wstążki oznaczającej trasę tam jednak nie ma, zrobiło się już prawie całkiem ciemno, a ja byłam jakieś trzydzieści metrów od podnóża tej obcej, nieprzyjaznej góry. Zagubiona, z rozładowanym telefonem, bez latarki, musiałam podjąć jakąś decyzję. Rozsądek podpowiadał: wróć do strzałki… Zaczęłam po omacku zsuwać się w dół, tak, aby nie potknąć się, nie spaść lub nie sturlać się bez kontroli. Nie miała już czasu. Chciałam spotkać Kubę lub któregoś z zawodników, których wcześniej mijałam. Po kilku chwilach za drzewami zobaczyłam przemykające cienie. To para zawodników biegnąca po trasie. Zawołałam, gdyż nie mogli mnie widzieć przez ścianę lasu. Na szczęście usłyszeli i poczekali na mnie. Teraz cieszyłam się ogromnie, że dogonili mnie, i że mieli latarkę.
O godzinie 20.30 byliśmy w Zawoi… a META? Mety już nie było. Ale dobiegliśmy i w duszy byliśmy zwycięzcami. Ludzie stojący na parkingu wołali: Już nie biegnijcie tam!!! To bez sensu!!! A my wiedzieliśmy, że to ma sens i należy nam się medal, choćby drewniany, tak samo jak tym, którzy dobiegli trzydzieści minut przed nami.




Ludmiła Morawska-Baykowska 2014-08-27

Łódź Business Run
UWAGA!!! 14 września o godz. 10:30 Biegniemy, aby pomagać.. Obecnie trwa konkurs na super drużynę, która zbierze największą kwotę na Łódź Business Run. Każdy kto chce pomóc drużynie Koroniarek, może to zrobić klikając w link: http://lodzbusinessrun.pl/pl/team/1787,koroniarki oraz pomagam bardziej... Liczy się każda wpłacona choćby złotówka, która zasili konto Fundacji Jaśka Meli "Poza Horyzonty". Sponsorem drużyny Koroniarek jest firma "Centrum Reklamy" z Pabianic



Tomasz A. 2014-08-26

Biegiem po piwo – 78km wycieczka biegowa.
Cel imprezy był prosty, biegniemy po piwo. O 4 rano zebraliśmy się przed pubem Piwoteka Naronowa na 8 Sierpnia w Łodzi. Organizator rozdał  koszulki przygotowane na te okazję. Było nas ośmiu, z czego czterech Michałów (może powinien to być Bieg Michałów po piwo). Przed startem krótki reportaż do Gazety Wyborczej i ruszyliśmy. Biegnąc Piotrkowską widzieliśmy sporo imprezowiczów, którzy żegnali jeszcze dzień wczorajszy, a my niewielką grupką biegliśmy truchtaliśmy  w stronę Placu Wolności, na którym kolega znalazł „pocztówkę” do niego, a dokładnie 100zł. W Łodzi przebiegliśmy przez 3 parki: Staromiejski, Helenów, Ocalałych. Dalsza trasa wiodła w większości małymi dogami, czasem ścieżkami przez lasy, wznoszące się na wzniesieniach łódzkich. Około 30km Paweł i Michał odłączyli się od grupy, nie chcąc spowalniać, dalej poruszali się we dwóch swoim tempem.

We wsi Lubowidza mieliśmy chwilę odpoczynku. Znajduje się tam tłocznia soków owocowych VERO. Mała rodzinna firma produkująca soki owocowe toczone na zimno. Właściciel pokazał nam maszyny oraz opisał jak wygląda proces produkcji. Na koniec oczywiście degustowaliśmy pyszne soki. Największą furorę robił agrestowy.

Ruszaliśmy dalej w trasę, a już po 7 kilometrach następna tłocznia soków, tym razem Wiatrowy Sad w Kałęczewie. Tam niestety nie widzieliśmy produkcji. Kolejna degustacja tym razem większa ilość smaków. Zaskoczeniem były soki z pokrzywą, rabarbarem czy czarnym bzem. Pomimo tego, że było bardzo gorąco i wypiliśmy soków bardzo dużo, to bukłaki uzupełniliśmy wodą, wiadomo na biegu nie ma co eksperymentować z nowymi napojami. Tu także poczekaliśmy na rowerzystów i kolegę poruszającego się na rolkach.

Po kilkudziesięciominutowej przerwie ruszyliśmy w trasę dalej. Upał dawał się nam już we znaki. Niestety około 50km naszej wyprawy jeden z kolegów postanowił zejść z trasy, kontuzja nie pozwoliła mu dalej pokonywać trasy. Tu po chwilowym zatrzymaniu uzgodnieniu co dalej ruszyliśmy, a ja zapomniałem włączyć garmina, więc około kilometra trzeba będzie doliczyć do długości zapisanej trasy, którą zaplanował i po której prowadził nas kolega „Brzeszcz”.
Na 54km w Łyszkowicach znaleźliśmy w końcu sklep spożywczy. Rzuciliśmy się na cole, ja kupiłem sobie rogala i batona, nie licząc żelu energetycznego, to był mój pierwszy posiłek tego dnia. Odbiegliśmy od sklepu zaledwie kilometr i zaczęła się długa prosta. Bieg asfaltem przez 10km na wprost bez żadnego cienia. Na 66 kilometrze naszej wyprawy, w Bełchowie, zszedłem z ulicy i całą głowę zmoczyłem w rzece, choć miałem chęć cały się zanurzyć. Tu także zahaczyliśmy o kolejny sklep. Kupiłem zimny napój i arbuza. Ekspedientka w sklepie odkroiła nam 5 dużych kawałków. To chyba najlepszy owoc dla biegacza na takie upały.
 
Stamtąd już tylko 6 km (znowu przez kilometr nie logowałem trasy) i dotarliśmy do Nieborowa. Wcześniejsze plany zakładały by posiedzieć trochę w parku, ale mieliśmy opóźnienia czasowo w stosunku do naszych planów. Bilet kosztował 20zł a wejście na 15 minut by się nie opłacało, więc ruszyliśmy już do końca naszej podróży, czyli do Bednar.

I tak po pokonaniu około 78km dotarliśmy na miejsce do Browaru Bednary. Właściciel powitał nas oczywiście zimnym piwem. Oprócz upragnionego trunku zażyliśmy zimnego prysznica. Tego dnia bardziej niż bóle w nogach przeszkadzał upał więc to było to czego potrze było najbardziej. Poczęstowano nas także smacznym gulaszem. Jakieś 2 godziny po nas dobiegli Michał i Paweł , wycięczeni, ale zadowoleni. Kolejną atrakcją było zwiedzanie browaru i zapoznanie się z procesem produkcji piwa. Zaskoczyło mnie to, że produkcja piw regionalnych może się odbywać w pomieszczeniach wielkości średniego mieszkania, a piwowarem może być młoda osoba, a niekoniecznie starszy brodaty pan. Przed 19 zebraliśmy się na pociąg by wrócić do Łodzi.
Wyprawa w miłym towarzystwie, z ciekawymi atrakcjami. Michał zapowiedział, że postara się zorganizować kolejne Biegi po Piwo, do innych browarów. Jeśli będzie okazja, to pewnie się skuszę i może jeszcze kogoś namówię.




Michał 2014-07-06

XI BIEG RZEŹNIKA

Z PERSPEKTYWY DEBIUTUJĄCEJ ALICJI:

Kilka lat temu poznałam w górach człowieka, który był świeżo po Biegu Rzeźnika. Słyszałam wcześniej o tym kultowym już wówczas biegu, ale od tamtej pory wiedziałam, ze kiedyś i ja się z nim zmierzę. Marzeń nie odkładam na półkę, tylko zakasuję rękawy, ale nie sądziłam, że TO spełni się tak szybko. Najpierw miało być 66km w Krynicy, kilka innych startów, aż tu nagle dowiaduję się, że biegnę Rzeźnika... Michał wspomniał na jodze, że Arek nie może podjąć się wyzwania ze względu na kontuzję i szuka kogoś na jego miejsce, najchętniej z Korony. Ledwo przechodziły mi przez gardło słowa, żeby szukał kogoś innego, mocniejszego, lepiej przygotowanego... Bardzo chciałam pobiec, ale za duża odpowiedzialność, a chętnych na ten bieg jest sporo. Ostateczna wersja zakładała, że jak nie znajdzie nikogo innego to będę lepsza niż nikt. Jako ostatnie koło ratunkowe spokojnie przygotowywałam się do swojego Rzeźniczka, aż do poniedziałku, gdy otrzymałam smsa - "szykuj się na pełnego rzeźnika" !!! Co też się wtedy ze mną działo! Stres i radość na przemian, w pracy ciężko się skupić, w domu zamiast "co na obiad?" było "co na przepaki?". Logistycznie byłam do biegu gotowa w poniedziałek wieczorem. Głowa gotowa od lat. Teraz tylko ta "cała reszta". Start w biegu "Dycha na Piątkę" nie podnosił na duchu. Ale po co mi wyśrubowana szybkość w ultra, pocieszałam się. Wiedziałam, że jestem wytrzymała, kilkanaście godzin po górach toż to sama przyjemność, tylko że do tej pory nigdy biegiem... Ultra zagadka była przede mną, a jeszcze większa przed moim rzeźnickim partnerem - w końcu Michał zupełnie nie wiedział czego się może spodziewać i sporo ryzykował biorąc mnie do teamu. Formuła biegu wymaga by para zaczęła i ta sama para ukończyła bieg. Tutaj mocniejszy musi się dostosować do słabszego ogniwa, którym byłam akurat ja. Ustaliliśmy, że pod górę idziemy, po płaskim truchtamy, a w dół zbiegamy, żadnej spinki, oby ukończyć w limicie, o czasie nawet nie dyskutowaliśmy. Mieliśmy całe 16 godzin.

Michał z Magdą byli na miejscu już od poniedziałku, my dojechaliśmy w środę w nocy, kilka godzin snu i brutalna pobudka zaserwowana przez najmłodszego. Kolejna noc jeszcze krótsza. 1:00 pobudka, "śniadanie", szykowanie, musiałam jeszcze dojechać kawałek do Cisnej. Około 2:15 odjazd kilkudziesięciu autokarów do Komańczy. Stoimy na starcie, rozmawiamy z innymi biegaczami. Po kilkudniowej "trzęsawce" nie ma śladu, jestem całkiem spokojna, nie przyjmuję do wiadomości że coś może pójść nie tak. Kilka osób życzy powodzenia na wieść ze to podwójny debiut (ultra i górski). 3:30 start, krzyczę z radości na dźwięk wystrzału z pistoletu. Magiczny widok. Prawie 1200 osób rozświetla czerwony szlak bieszczadzki światłem czołówek. Za chwilę nie będą potrzebne, szybko zaczyna świtać. Po drodze pada deszcz, ale zupełnie nam to nie przeszkadza, jest świetna atmosfera. Powoli truchtamy, pod górę szybki marsz. Mijamy urocze Jeziorka Duszatyńskie. Nie znam tej części szlaku z Komańczy mimo tylu wizyt w Bieszczadach. Zbiegów jak na razie niewiele, podejścia też łagodne, nikt się nie ściga, śmiejemy się, że wyglądamy jak pielgrzymka. Po kilkunastu kilometrach widzimy pierwszego zawodnika nękanego przez skurcze po zbiegu. Częstuję go magnezem i życzymy sobie powodzenia. Nie mam pojęcia na ile mogę sobie pozwolić, żeby starczyło sił i nie przesadzić. Do przełęczy Żebrak docieramy po 2h36min, szybkie napełnienie wody, żelek i w drogę. Drugi etap do Cisnej - troszkę więcej przewyższeń, ale nadal dość łagodnie. Wiem już, że na zbiegach nie ma co oszczędzać, sfruwanie w dół zabiera mniej energii niż powolne napinanie mięśni. Ostatni i najbardziej stromy zbieg pod wyciągiem, błoto jak na Biesy przystało, Michał leci na wariata, ja chwilę walczę bokiem, ale w końcu też lecę w dół. Po 4h47min docieramy do przepaku, gdzie czeka na nas Magda. Mamy już w nogach 32 km i 1,5h zapasu. Michał się przebiera, ja tylko uzupełniam zapasy i korzystam z toalety pod dachem. W pośpiechu jem bułkę, popijam colą i do przodu. Ten pośpiech niestety wychodzi mi bokiem, gdyż szybko pojawia się dokuczliwa kolka. Zaczynamy najdłuższy etap przez oba Jasła, Fereczatą do m.Smerek. Od teraz możemy używać kijków i bardzo się przydają. Michał mówi, że zarówno rok temu jak i teraz to dla niego najgorszy odcinek - długie, niekończące się, strome podejścia. Tu niektórzy kończą już swoją przygodę z Rzeźnikiem. Ja bardziej niż na drodze skupiam się na swoim brzuchu, zaciskam zęby na zbiegach i cieszę się z kolejnych podejść, moje wnętrzności mogą się na chwilę uspokoić. Na szczęście mam nospę, która łącznie z ćwiczeniami oddechowymi z jogi pomaga. Tasujemy się z kilkoma parami - my ich w dół, oni nas w górę i tak na zmianę. Pytam Michała czy jego nie bolą jeszcze nogi, ale on jest zrobiony z jakiejś innej materii. Na podejściach wychodzą moje braki w przygotowaniu, mijają nas silniejsi i długonodzy. Michał dostosowuje tempo do mojego, na szczęście na zbiegach nie musi na mnie czekać. Lecę pierwsza, z wrażenia mnie zatyka, więc Michał krzyczy co chwilę "uwaga, lewa wolna!". Zbiegamy na drogę Mirka - czyli ok. 8km szutrem/asfaltem. Pokonujemy ją na zmianę marszo-biegiem, nie szalejemy, mamy spory zapas, oszczędzamy siły na połoniny. W Smereku czekają nasi wspaniali kibice. Mamy za sobą 8h36min biegu, 56 km i prawie 2h zapasu, jest dobrze. Pojawia się normalne zmęczenie, ale poza tym żadnych dolegliwości. Michał się przebiera, ja znów nie korzystam ze swojej zapasowej garderoby, mimo lekko mokrych ciuchów jest mi niezwykle wygodnie jak na tyle kilometrów. Żelki, cola, bułka na drogę i zaczynamy najpiękniejszy etap naszej przygody. Smerek - niekończące się podejście, sporo osób jest już zmęczonych. Ja uwielbiam tą górę i świadomość tego, co kryje się za każdym zakrętem dodatkowo mnie napędza. Zmęczenie niemal zupełnie odpuszcza, gdyby nie "korki" na wąskich podejściach byłoby szybciej. Na Połoninie solidnie wieje, ale czas mija tu bardzo szybko. Przed Chatką Puchatka GOPR-owcy częstują nas pyszna herbatą, ucinamy krótką pogawędkę z turystami i po chwili odpoczynku lecimy w dół. Połączenie endorfin i ponad 60km powoduje już lekką głupawkę. Z takim bananem na twarzy mijamy w podskokach kibicujących nam turystów i innych uczestników biegu, którzy się odgrażają, że jeszcze nas dorwą. W Berehach zjawiamy się po prawie 11h50min, to już ponad 68km! Wypijamy po 2 kubki Tigera, uzupełniamy wodę, fotka i w drogę. Mamy całe 4h, a tabliczka wskazuje, że przeciętnemu turyście  szlak do Ustrzyk Grn. zajmuje 3h. Choćby na kolanach, choćby czołgając się bieg ukończymy. Nieśmiało, ale bez napinania się rozmawiamy o tym, że jest szansa na przyzwoity czas. Przed nami najwyższa - Połonina Caryńska (1297m). Rumakowanie na Wetlińskiej zabrało sporo energii, może być ciężko. Zostało 10km, cóż to jest w porównaniu z całym dystansem. Poza tym znamy się z "Carycą" z czasów beztroskiej młodości, wierzę że będzie dla nas łaskawa. Początek idzie całkiem sprawnie i NAGLE, po 70km pojawia się kryzys, totalne zmęczenie. Niby nic się nie dzieje, głowa nadal pędzi, tylko nogi nie pozwalają przyspieszyć. Kilka par po miłych pogawędkach nas tu zuchwale wyprzedza. Jak oni mogą tak szybko się poruszać?! Zmęczenie powoduje, że przeklinam nie tylko pod nosem górskie ultramaratony. Zachciało się…! Michał tymczasem dostał energetycznego kopa. Ostatnia prosta w dół, najpierw niebezpieczne dla zmęczonych nóg kamienie, później już gładko, spoglądamy na zegarki, mamy szansę zmieścić się w 14h. Co z tego jak droga się nie kończy a minut przybywa? Chce mi się płakać z bezsilności, w głowie słowa piosenki Wiewiórki Na Drzewie:

o, Caryńska, coś ty mi krwi napsuła
ech Caryńska
zabrałaś siły me,
mam już dość udręki tej,
mocy we mnie coraz mniej,
Ty zabierasz to co chcesz, ile chcesz, kiedy chcesz…”

Nie wiem jaka siła zmusza mnie do biegu na ostatnich kilometrach, wyczekuję tylko odgłosów mety i jest! Słychać kibiców! Nadal chce mi się płakać, ale tym razem ze szczęścia. Zrobiłam to, pokonałam morderczą trasę i to czasie na jaki nawet nie liczyłam. Wbiegamy na metę po 13h56min, odbieramy medale i piwo „Rzeźnik” uważone specjalnie na tą okazję.

Bieg w limicie czasu kończy 541 zespołów,  7 par po 16h limicie, a 56 kończy przygodę gdzieś wcześniej na szlaku. My zajmujemy 350 miejsce J

Dla wielu formuła biegu w parach jest utrudnieniem. Z pewnością część osób ukończyłaby bieg szybciej w pojedynkę. Mnie z Michałem biegło się bardzo dobrze i obecność bardziej doświadczonego ultrasa tylko mi pomagała. Dlatego dziękuję za zaufanie i wspieranie samą obecnością na trasie.

W taki sam sposób jak ja dowiedziałam się, że biegnę Rzeźnika, tak mój mąż dowiedział się, że leci zamiast mnie Rzeźniczka J Bał się tak samo jak ja, bo nie dość że to pierwszy górski bieg, to pierwszy dłuższy niż półmaraton. Poradził sobie świetnie i zjawił się na mecie w super formie po 3:54.

 

Z PERSPEKTYWY MICHAŁA:

Był to mój drugi bieg rzeźnika, w zeszłym roku pobiegłem go z kolegą Wiktorem. Poprawa wyniku o 50 minut pokazuje, że nabrałem doświadczenia, a moja debiutująca partnerka jest bardzo silna. Faktycznie starałem się puszczać ją przodem by to ona nadawała tempo, chcieliśmy ukończyć bieg nie patrząc na wynik. Jednak na niektórych zbiegach musiałem Alicję mocno gonić, widać, że choć był to jej pierwszy bieg górski, to w górach spędziła dużo czasu. Bez wachania mozna powiedzieć że biegłem jak z równym mi zawodnikiem.

Zdecydowanie dużo lepiej niż w zeszłym roku pokonywało mi się podejścia ze względu na kije którymi się wspierałem od Cisnej. Mimo tego że przebierałem się na przepakach to spędziliśmy na nich mniej czasu niż w zeszłym roku, ale i tu można jeszcze sporo nadrobić.

Jeśli będzie okazja biec w rzeźniku po raz kolejny, to jeśli Alicja zechce mi towarzyszyć na pewno się nie zawaham.



Michał 2014-07-01

Dycha na Piątkę - górski bieg odhaczony
Tak czekałem, czekałem i... już. Odhaczyłem. Zwyczajnie i po prostu. Mój pierwszy start w górskim przełaju. Ciach, zielony ptaszek. Co następne? Może mistrzostwa świata w leżeniu?!

Głowa, głowa i jeszcze raz głowa. Nie może być przecież tak, żebym na zawodach biegał zachowawczo. I już od początku zastanawiał się, czy dam radę. I martwił o to, że jak przesadzę to pod koniec się porzygam. Albo przewrócę tuż przed metą...

Z drugiej strony to był raptem mój czwarty start, więc muszę wyluzować. Za rok będzie lepiej. Ba! Będzie dużo lepiej! Drżyjcie piątkowiskie góry! :)

Kolejny wniosek dotyczy rozgrzewki, którą zdaje się zaniedbałem. Może jednak warto poświęcić na to więcej niż pięć minut? Bo jak tak teraz analizuję Dychę, to dopiero w lesie zaczynałem czuć się dobrze. Do sprawdzenia.

Przypisy:
1- chyba rzucę tę robotę! Ultras pełną gębą!, i ja muszę to tłumaczyć... biega chłopaczek pół roku, cudem złamał czwórkę w maratonie, ale się wozi... ura bura szef podwóra... nie wytrzymam. I to za pięć złotych od kartki! (od tłumacza)

2 - Mariusz Szczypek i Kacper Świerczyński, zwycięzcy X Biegu Rzeźnika w wersji Hard Core (ok.105km) - czas:14 godzin i 36 minut.
Tak, jestem zły. Nie, właściwie to jestem wkurzony! Po raz kolejny to głowa okazała niedostatecznie wytrenowana przez co pobiegłem poniżej możliwości. Chciałem powalczyć o 59 minut, a skończyłem z czasem godzina sześć. Żebym chociaż zdychał na mecie! Padł na trawę półprzytomny! Albo wymiotował chociaż... Nic z tych rzeczy. Owszem, spocić się spociłem, serducho waliło, ale nogi miałem całkiem świeże. Pięć minut po przekroczeniu mety mogłem biec dalej. A to chyba nie jest najlepszy objaw jeśli się nie wygrało...

Start

To już druga edycja pabianicko-piątkowiskowej (?) imprezy organizowanej przez pabianicki Klub Biegacza Korona Pabianice. Rok temu startowanie w zawodach w ogóle niespecjalnie jeszcze mnie ciągnęło, o bieganiu po piachu, górach czy lesie nie wspominając. W tym... no cóż, w tym to ja już jestem ultras pełną gębą1, więc zabraknąć mnie na stadione LKS Orzeł Piątkowisko nie mogło!

I nie zabrakło. Nie wiem, czy punktualnie bo nie sprawdzałem, ale niech będzie, że punktualnie o 16 wystartowałem. I od razu...

...błąd numer jeden: zamiast na przodzie to gdzieś w połowie.

Nie żebym wierzył w wygraną, ale skoro chciałem powalczyć o wynik, to ustawianie się wśród teoretycznie słabszych już na starcie nie jest najlepszą strategią. Głowę dam, że Arnulfo Quimare by tak nie postąpił:)

Mini-rundka wzdłuż stadionu i skręcamy w lewo, gdzie czeka nas odcinek prosty jak dwukilometrowy i nagrzany słońcem drut. Na dodatek wysypany żwirem. Świetny wstęp do czekającej nas przygody w górach. Żar, kurz i zgrzyt piachu pod setkami butów. Atmosfera cudna. Po dwustu metrach wybieram wzrokiem swojego zająca i...

...błąd numer dwa: pozwalam mu uciec.

Tak zwyczajnie. W jednej minucie mam gościa w zasięgu kopniaka, w dziewiątej ginie mi gdzieś daleko z przodu. I przez cały ten czas patrzę sobie spokojnie jak się oddala... Słowem, początek końca. Przegrałem.

Proste dwa kilometry mijają szybko i z żużla wbijamy się na wiadukt. Są siły, mijam kilka osób na tym krótkim przecież podbiegu i biegnę dalej. Ha, myślę sobie, opłacało się trenować podbiegi. Łagodne kółko i jakieś 200 metrów do lasu. Skręt w prawo. Punkt z wodą. Biorę. Prawie przebiegam koło swojego dziecka, które stoi z kartką dopingującą jeszcze z łódzkiego maratonu. Macham smykowi i... pik!, przebiegając pod dmuchaną bramą z matą pomiarową zaczynam górski etap.


Autor zdjęcia: Piotr Kopka, a ja to ten drugi byk. Drugi od prawej. Jak widać, walczę okrutnie o jak najlepszy wynik...:)

Góry...

Część górską Dychy organizatorzy wytyczyli na torze motocrossowym (www.cross-piatkowisko.pl) w Piątkowisku, tuż po Pabianicami. I czapki z głów Panowie i Panie! Przy kolejnym zakręcie (choć znałem trasę z racji wcześniejszego jej znakowania:) przyszło mi do głowy, że już ciaśniej się pewnie nie dało. Było tam wszystko: łagodne podbiegi, długie podbiegi, błoto, woda, piach, trawa, kamienie, ciasne zakręty, strome podejście i równie strome zejście.

No mówię Wam, miód na nogi każdego górala. Początkującego rzecz jasna, bo tacy Szczypek ze Świerszczyńskim pewnie by nie zauważyli nawet, że się teren podniósł:)

Niestety, już podczas pierwszego podejścia zauważam, że popełniłem...

...błąd numer trzy: nie przestawiłem w Garminie opcji i biegłem z włączoną autopauzą.

Cóż zrobić, pomiar czasu szlag trafił:) Co z tego, że ja walczę z trzydziestometrową górką, skoro dla jakiegoś amerykańskiego satelity dwadzieścia kilometrów nade mną stoję w miejscu...

I jeszcze jedna uwaga: w naszym kraju trzeba osuszać trasę biegów przełajowych! Na torze były dwa miejsca ze stojącą wodą. Oba z czerwono-białą taśmą po bokach. I co? I za każdym razem wszyscy (dosłownie WSZYSCY) przełajowcy biegli bokiem. Znaczy za taśmami... Bidulki. Pewnie chodziło o wyprane buciki...

Ja tam biegłem jak Jezus. Po wodzie. Tak jak ten poniżej...

... i Lasy

Etap górski składał się z jednej pętli, którą trzeba było pokonać dwa razy. W przerwie skierowano nas na przymusową regenerację do pobliskiego lasu. I dobrze. Nic nie działa tak orzeźwiająco, jak dwa kilometry w cieniu sosen i szumiących łagodnie brzózek. Nawet wyprzedzać zacząłem!

Kobietę jedną, ale zawsze:)

A potem był znów wiadukt, znów zakręt i znów dwa kilometry skwaru, żwiru i... a nie, kurzu tym razem nie było. I znów sukces! Po leśnym zmiażdżeniu zawodniczki, tutaj - w pełnym słońcu - zniszczyłem chyba ze trzech zawodników!

A potem to mnie zmasakrował jakiś dzieciak...:) Tuż przed metą! Rocznik 95!

Gówniarz jeden. Pewnie w tramwaju też by mi miejsca nie ustąpił...

Wnioski

Głowa, głowa i jeszcze raz głowa. Nie może być przecież tak, żebym na zawodach biegał zachowawczo. I już od początku zastanawiał się, czy dam radę. I martwił o to, że jak przesadzę to pod koniec się porzygam. Albo przewrócę tuż przed metą...

Z drugiej strony to był raptem mój czwarty start, więc muszę wyluzować. Za rok będzie lepiej. Ba! Będzie dużo lepiej! Drżyjcie piątkowiskie góry! :)

Kolejny wniosek dotyczy rozgrzewki, którą zdaje się zaniedbałem. Może jednak warto poświęcić na to więcej niż pięć minut? Bo jak tak teraz analizuję Dychę, to dopiero w lesie zaczynałem czuć się dobrze. Do sprawdzenia.

Przypisy: 1- chyba rzucę tę robotę! Ultras pełną gębą!, i ja muszę to tłumaczyć... biega chłopaczek pół roku, cudem złamał czwórkę w maratonie, ale się wozi... ura bura szef podwóra... nie wytrzymam. I to za pięć złotych od kartki! (od tłumacza)

2 - Mariusz Szczypek i Kacper Świerczyński, zwycięzcy X Biegu Rzeźnika w wersji Hard Core (ok.105km) - czas:14 godzin i 36 minut.

Piotr P. 2014-06-07



Dane kontaktowe.

Telefon501 272 688
klub@koronapabianice.pl
GG747139

  |  Uwagi   |  Kontakt   |  Słownik   |  Mapa strony   |