Klub Biegacza "Korona Pabianice"


...po prostu radość biegu, ...a maraton?... jest ukoronowaniem przyjemności.

Korona Pabianice

12 godzin z Koroną
Tegoroczna edycja biegu charytatywnego 12 godzin z Koroną już za nami. Pogoda od samego rana nam sprzyjała, temperatura, dobra, dla niektórych nawet za ciepło, ale ważne, że nie wiało i nie padał deszcz. Ilość uczestników przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. W imprezie wzięło udział 167 osób to jest pięć razy więcej niż rok temu. Z samego rana stawili się biegacze którzy postanowili spędzić z nami całe 12 godzin, ale także tacy którzy nie mieli później czasu biegać, np. jeden kolega miał po południu swój ślub. Faworytem biegu był Jacek Będkowski, który jednak przyjechał zrobić "szybką 50-tkę". No i była szybka, gdyż 50km pokonał w 3 godziny 27 minut. W tegorocznej edycji aż 24 osoby przebiegły dystans minimum maratoński.
Zwyciężczynią biegu była Milena Grabska-Grzegorczyk, pokonując 82 okrążenia zdeklasowała najlepszych mężczyzn. Tuż za nią z wynikiem 81 okrążeń czyli 103km 680m była Alicja Jędraszek. To niesamowity wynik, szczególnie, że Alicja zaczęła biegi ultra dopiero w czerwcu tego roku. Na trzecim miejscu wśród pań była Sylwia Nadulska, która pokonała 42km 240m. Pierwsza trójka mężczyzn to: Piotr Pazdej - 97km 280m, Tomasz Markiewicz - 89km 600m i Michał Pawlak - 87km 40m. Wyniki.
Podobnie jak w ubiegłym roku i tym razem wpisowe z biegu przeznaczone jest na cel charytatywny. Razem z fundacją Wchodzę w to zebraliśmy pieniądze na Mateusza Kubickiego, chłopca chorego na dziecięce porażenie mózgowe. Cieszymy się, że jako klub mogliśmy wspomóc tak szczytny cel.




Michał 2014-09-24

Triathlon Iron Dragon 2014
Kiedy zaczęłam biegać parę lat temu, nawet mi przez głowę nie przeszło, że kiedyś wystartuję w triathlonie. Wówczas 5km było wyzwaniem, mimo wszystko dystanse rosły, aż doszło w zeszłym roku do 42 km na Maratonie Warszawskim. Maraton przebiegłam na przekór temu, aby sobie samej pokazać, że chore kolano czy też nie, da się to zrobić, a operacja to ostatnia deska ratunku, kiedy chodzenie będzie katorgą, a najlepiej, jak operacji nie będzie w ogóle. Wizyta u lekarza była chyba jednak tym dobrym impulsem, żeby ruszyć dalej póki się da Po maratonie oczywiście byłam bardzo zadowolona, że się udało, nawet mimo wielkiego wyczerpania. Zaczęłam się jednak zastanawiać, czy całe to bieganie nie było zbyt monotonne. Zaczęły się wtedy wzmianki o triathlonach. Znajomi startowali to tu, to tam, wspominając bardzo dobrze wszystkie zawody. Pomyślałam wówczas, że taki triathlon mógłby być dobrą odmianą. W maju podjęłam razem z Łukaszem decyzję, że wystartujemy w te wakacje. Szybkie zakupy (bo przecież "tri to taki znany i tani sport", cytując speakera z moich zawodów), rower, osprzęt, strój... Zaczęły się treningi. Pływanie nie było problemem, bo z tą dyscypliną byłam zaprzyjaźniona od podstawówki. Rower zaś, aż głupio się przyznać, więcej przebiegłam kilometrów, niż dotychczas przejechałam. Składaki, jakieś stare górale i wycieczki do sklepów- tak wyglądała moja styczność z rowerem. Nie było zmiłuj się, czas uciekał, a do startu wiele go nie zostało. Początki nie były proste, a po zamontowaniu pedałów SPD-SL miałam ochotę doczepić sobie dodatkowe kółka z rowerków dla dzieci. Pływanie szło o wiele lepiej, bieg jak to bieg, znany od dawna. Trochę się trzeba było przyzwyczaić do zakładek, bo bieganie po rowerze już nie było takie łatwe.
Plan jednak sumiennie wykonałam i tak oto 7 września znalazłam się na zawodach Iron Dragon pod Krakowem. Specjalnie wybrałam dystans olimpijski, a nie 1/4 IM, żeby było więcej pływania. Pierwszy raz piankę wypróbowałam w wodzie na 5 min przed startem, wcześniej zakładałam na sucho w sklepie przed wypożyczeniem. Mimo wszystko czas pływania wyniósł 34 min na 1500m, z czego jestem na daną chwilę zadowolona. Małe bojki były praktycznie dla mnie nie do namierzenia, na szczęście wielka studnia wymalowana na żółto okazała się świetnym punktem nawigacyjnym, tak jak i brama mety. Woda w zalewie była zupełnie czysta i przejrzysta. Z pierwszej strefy zmian T1 byłam już mniej zadowolona, gdyż nie mogłam zdjąć pianki z rąk, przez co tylko wpadłam w panikę i straciłam cenne minuty. Na sucho nie miałam żadnych problemów i w parę sekund piankę zdjęłam, na zawodach, cóż, podejrzewam, że za mocno podciągnęłam rękawki i stąd problemy. Trasa rowerowa była idealna- nawierzchnia wspaniała, kierowanie przez wolontariuszy bez zarzutów, nic tylko tam jeździć. Nie narzekam na nawroty- można było przynajmniej przypilnować swoich rywali Dwie pętle minęły szybko (1 godz 31min) , przyszedł czas na T2, zmiana obuwia na biegowe i wypad na trasę. Ta strefa też nie była najszybsza, oczywiście zapomniałam zdjąć zegarek z kierownicy roweru zanim go odstawiłam na ramę- oto kolejna rzecz do uniknięcia na przyszłość. O ile z pogody się wówczas cieszyłam, tak na bieganiu zaczęłam przeklinać słońce. Upał dawał się we znaki każdemu, nie tylko mnie. Wielu ludzi często przechodziło do marszu, zresztą ja też, super wysportowani czy też zupełni amatorzy, nikt już nie wyrabiał. Szkoda, że nie było więcej punktów nawadniania, nie miałam już wtedy kompletnie sił, na szczęście gdy wracałam z długiej prostej uratowali mnie pobliscy kibice, którzy przynieśli własne zgrzewki z wodą. Jedyny plan, jaki wówczas posiadałam, to doczłapać się jakoś do mety. Te 10km pokonywałam chyba najdłużej w swoim życiu, bo zajęło mi to aż 1 godz 16 min (ma się to nijak do PB z 53 min) . Ale wtedy było już mi wszystko jedno. Dotarłam, przeżyłam i zwyciężyłam...I bardzo mi się podobało. Na pewno w przyszłym roku powrócę na kolejną edycję zawodów. Przy okazji odwiedzę inne miasta w sezonie. Do poprawienia na pewno jest każda dyscyplina, a z pewnością rower, który był dla mnie "nowością". Bieganie też trzeba usprawnić. Na pływaniu dużo nie zyskam, ale kto wie, dodatkowe minuty zawsze się przydadzą. Póki co, ten sezon uważam za zamknięty- teraz pozostaje trenować do 2015 roku.




Paulina 2014-09-10

IV Bieg Fabrykanta
Tradycyjnie w ostatni weekend wakacji miał miejsce Bieg Fabrykanta. To była już jego czwarta odsłona. Zawodnicy mieli do pokonania 2 pętle po 5km. Niby odcinek niedługi ale trasa nie należny do najłatwiejszych, "górki" w środku miasta też potrafią zmęczyć. Wyniki biegaczy korony:
25. Mateusz Jaksa - 00:39:15
58. Katarzyna Downar - 00:41:34
77. Daniel Michalski - 00:42:17
94. Adam Gąsiorowski - 00:42:57
135. Michał Pawlak - 00:44:31
196. Łukasz Brzeziński - 00:46:28
406. Ludmiła Morawska-Baykowska - 00:52:00
591. Marek Pawlak - 00:58:50


Michał 2014-09-08

Triathlon Chodzież
Parę lat temu gdy ukończyłem swój pierwszy maraton przyszło pytanie: co dalej? Bieganie tak długich dystansów było dość bolesne, jakoś czułem że biegi ultra nie są moim powołaniem. A może triathlon? A później zacząłem na serio trenować bieganie, poprawiać wyniki i jakoś tak mnie to wszystko wciągnęło. Myśl o tri jakoś tak przechodziła czasami przez głowe, ale podstawowy problem "trzeba mieć rower" i "nie umiem (za dobrze) pływać" szybko wypychały tą myśl z głowy. Później kilka delegacji - tam ćwiczenie czegoś więcej jest trochę trudniejsze... no i nadal nie mam roweru i nie umiem pływać I tak czas płynął do AD 2014, wyniki się poprawiały, forma biegowa wracała po zimie i do głowy wpadł pomysł: "A może triathlon?". W końcu nadeszła ta chwila (maj) by kupić rower i zacząć chodzić na basen. Paulina trochę mi pokazała jak pływać, trochę Youtube, reszta to ciężka moja praca. A później bieganie, rower, zakładki a wszystko to przy dojazdach do Warszawy i z powrotem. W końcu zapisałem się na 1/4IM do Chodzieży. Startowe opłacone - pełna mobilizacja. W głowie lęk - czy przepłyne: w biegu można przejść do marszu, na rowerze zwolnienie to nie problem. W wodzie to trochę ciężki, doświadczenia pierwszych treningów na basenie kiedy po 20 minutach wychodziłem po potwornych skurczach nie dodawały mi wiary w sukces a w limicie się zmieścić trzeba, szczególnie że jak dla początkowego pływaka jest on dość wyśrubowany (40min/1km) . W końcu w sobotę pojechaliśmy do Wągrowca gdzie mieliśmy hotel i pierwsza niespodzianka:
-Dzień dobry mieliśmy rezerwacje na dziś.
-Państwo z wesela?
-Yyyy jakiego wesela...
Więc o wyspaniu się nie ma mowy. Trudno.
Odbiór pakietu, odprawa, milion rzeczy do wypakowania z samochodu, milion rzeczy do zrobienia, nie miałem pojęcia za co się zabrać. Pianki, zegarki buty i tak bez końca, naprawdę można się zgubić. Jeden szczegół, jedna nie zrobiona oczywista oczywistość i DNF. Checklista rzeczy do zabrania miała chyba z 30 pozycji.
Kiedy przyjechałem w niedzielę na start poczułem się jak przed pierwszymi zawodami w bieganiu: "Co ja tutaj robie?". Kosmiczne rowery, grupy i ogólnie wszystko takie PRO. A ja do końca nie wiem co mam robić: czy rozgrzewka czy się przebierać, czy popatrzeć jak inni startują. Wprowadziłem rower do strefy zmian i jeszcze z 4 wracałem żeby zobaczyć czy na pewno wszystko zabrałem. Władowałem się w piankę wchodzę do wody - pierwszy raz w życiu, nie mam pojęcia czego się spodziewać. Przepłynąłem pare(set) metrów na rozgrzewkę i się trochę uspokoiłem.
Pływanie
Ustawiłem się z tyłu - bo pływam słabo, nie chciałem żeby ktoś mnie na początku stratował. Start i zaczęliśmy płynąć. Tłok był parę zderzeń, ale jak czytałem relacje ludzi spodziewałem się najgorszego. Boje ledwie widoczne na horyzoncie więc trzeba uważać żeby nie zacząć płynąć w drugą stronę. Ale tak to to wszystko OK. Jedna boja, druga, trzecia i powoli myślę że może jednak dopłynę . W końcu widzę żę brzeg coraz bliżej jeszcze parę pociągnięć i wybiegam na T1.
T1
Czyli przejście z pływania na rower. Zdejmowanie pianki na sucho a po przepłynięciu prawie kilometra to jednak nie to samo. Trochę się motałem, nie wiedziałem czy stać czy siedzieć. Skarpetki, buty, kask, okulary, numer i batony - znałem to na pamięć i zrobiłem. W wynikach oficjalnych zmiana wyszła mi 2:02 czyli chyba całkiem nieźle jak na pierwszy raz, biorąc pod uwagę miotanie się i sprawdzanie 2 razy czy wszystko wziąłem.
Rower
Wyszedłem późno z wody więc mogłem użyć techniki magnesowania czyli przyciągać ludzi z przodu i cały czas ich wyprzedzać. Trasa miała być płaska jak stół, ale była wjazd na jakąś górkę 50m co dla mnie początkującego kolarza nie było takie proste. Później wiatr w twarz i tak aż do nawrotki. A później w drugą stronę. Z górki i z wiatrem. Patrzyłem na średnią prędkość i nie dowierzałem czasem. Zbierały się chmury i miałem tylko nadzieję że nie zacznie padać. Wolałbym nie zjeżdżać z tych górek (50km/h i całkiem ostre zakręty) na mokrej jezdni. Druga runda i już wiedziałem czego oczekiwać. Na samym początku wyprzedzam panią z "Na Wspólnej". Ale góra jakby wyższa i bardziej stroma. Pod górę nawet niektórzy mnie wyprzedzają. Robi się płasko i się rewanżuje. Nawrotka i już nawet nie ma kogo wyprzedzać bo się zrobiły duże przerwy. Zjazd na
T2
Tutaj prosto i szybko. Zostawić rower i kask, zmienić buty i wy...
...biegamy
Robiłem to już na treningach, nigdy nie było to miłe. Początkowe 0,5km jest ok ale później coraz gorzej. Ostry ból brzucha i nie mogę przyspieszyć. HR na początku ~90% czyli u mnie tak jak na finiszu na 5km. Uczucie jakbym bym był na 37km maratonu. Zacząłem 4:48/km ale średnia z pierwszego kółka mi 5:00/km wyszła. Później było tylko gorzej. Drugie kółko jeszcze większa męczarnia. Z jednej strony czuje że mogę szybciej. Z drugiej brzuch boli coraz bardziej. Szarpiąc dużo czasu nie poprawię więc próbuje jakoś doczłapać się do mety. W tym momencie pierwszy raz sprawdzam jaki czas mam szansę uzyskać. Coś co nie zdaża się przy bieganiu gdzie każdy km liczę i analizuje czy jestem szybciej czy wolniej. Wygląda to mimo wszystko nie najgorzej. W końcu widzę znajome tawerny i coraz bliżej meta. Ostatnia prosta i turlam się przez mete . Krótki wywiad dla spikera i już mogę leżeć
Wyszło chyba nie najgorzej. Dla formalności
2:50:35
Pływanie 26:12 (bez dobiegnięcia do T1 25:23)
T1 2:02
Rower 1:28:51
T2 1:00
Bieganie 52:30



Łukasz Brzeziński 2014-09-05

PRZEKLĘTY DIABLAK, czyli 1 x BABIA
Relacja z biegu górskiego w Zawoi - 23.08.2014
Godzina ósma rano 23 sierpnia 2014 roku. Podjechaliśmy na parking przy wyciągu narciarskim Mosorny Groń w Zawoi. Piotr, Adam, Jakub i ja – gotowi, pozytywnie nakręceni, uzbrojeni w niezbędne akcesoria; biegowe buty, ulubione koszulki, kurtki, plecaki z wodą, zapasy węglowodanów, mapki, składane kubeczki, naładowane telefony, kijki, czapeczki i na wypadek słońca, okulary. Debiutanci biegów górskich, można tak powiedzieć, gdyż dla niektórych z nas był to pierwszy lub drugi start w zawodach na takim terenie.
Powietrze było rześkie, ale z obietnicą słońca. Stanęliśmy pomiędzy gromadzącymi się przed budynkiem zawodnikami i chłonęliśmy atmosferę górskich zawodów ultra. Nareszcie odprawa, omówienie trasy, punkty odżywcze, punkty kontrolne, obowiązkowe wyposażenie. Jeszcze parę zdjęć i udaliśmy się na start. Przed nami ok. 45 km i ponad 2800 m przewyższenia, choć jeszcze kilka dni wcześniej miało być 39 km i 2200 m przewyższenia, czyli 1 x Babia.
Zacisnęłam wiązanie moich pierwszych Salomonów, którym powierzyłam swój los, włączyłam endomondo i ruszyliśmy…
Biegłam lekko, pełna nadziei i szczęśliwa, nieświadoma tego, co mnie czeka. Droga była kamienista, ale dość ubita i nie sprawiała większych kłopotów w pokonywaniu niewielkich wzniesień. Biegliśmy w większej grupie, więc mogłam obserwować innych biegnących, wyprzedzać lub zwalniać, to dawało mi pewne odniesienie. Nie musiałam zwracać większej uwagi na oznaczenia trasy. Nagle grupa zaczęła zawracać. Raz w jedną, raz w drugą stronę. Stanęliśmy. Okazało się, że czołowi zawodnicy wybrali niewłaściwą drogę, bo strzałka prowadziła donikąd. Ktoś zadzwonił do organizatora, ktoś szukał wstążek. Podobno niektórzy w ogóle zawrócili i zeszli z trasy. Cierpliwie czekałam na zakończenie tego zamieszania. Nie czułam presji czasu. Wydawało mi się, że mam go aż nadto…Strzałek było kilka, strzałki powrotne, i w górę, 1 x Babia, 6 x Babia. W końcu ktoś zadecydował i ruszyliśmy dalej.
Było coraz bardziej pod górę, kamieniście i ciężko. Kamienie wbijały się w podeszwy stóp, zmieniały się w głazy, były coraz większe i większe. W pobliżu Akademickiej Perci nie było już mowy ani o biegu, ani truchcie. Nawet marsz stał się niemożliwy. Podejście pod Babią Górę wymagało dużego wysiłku i mocnych nóg. Ktoś z tyłu żartował, że wchodzę co cztery kamienie, że mam dobre tempo i że za mną nie nadąża. Uśmiechnęłam się do siebie. A potem wchodziłam z kamienia na kamień coraz wolniej, i nogi stawały się coraz cięższe jak te kamienie. Każdy krok podpierałam o kijek, a te wbijały się pod naciskiem w ziemię, w szczeliny. Skały, łańcuchy, liny, wielka przestrzeń była piękna i niebezpieczna. Byłam już zmęczona. Bałam się o każdy krok, bo wiedziałam, że nie mogę popełnić błędu. Jeszcze tylko przejście po wąskiej półce i stos kamieni, by dotrzeć na szczyt. A w głowie pulsujące słowo: limit, limit, limit…
Na Babią dotarłam dziewięćdziesiąta dziewiąta, dwie minuty przed końcem dwugodzinnego limitu. Pierwszy punkt zaliczony. Turyści, zawodnicy, wolontariusze…nie wiedziałam, gdzie iść dalej. Tam było tak pięknie, ale nie było czasu podziwiać widoków, tylko dalej, dalej, w dół. Limit na pierwszym punkcie wydłużono o 10 minut, potem o 30. To z powodu zagubienia się dużej grupy zawodników na pierwszych kilometrach.
Zbieg z Babiej prowadził szlakiem gęsto obleganym przez turystów. Przypominał trochę slalom, gdy omijałam starsze panie, panów i dzieci. Nie trwało to jednak długo, bo trasa poprowadziła nas teraz poza szlak przez gęstą kosodrzewinę, a potem ostro w dół przez jagodowe pola. Nie było widać stóp, jak obiecywał organizator. Buty ślizgały się po wilgotnych kamieniach i błocie, a dłonie zaciskały się boleśnie na sterczących gałązkach jagód. Co parę metrów traciłam równowagę i leciałam na bok, by nie zsunąć się ze skarpy. Pierwszy punkt odżywczy. Nie byłam głodna, gdyż po drodze systematycznie jadłam ulubione galaretki i piłam wodę. Jednak zatrzymałam się na parę chwil. Złapałam banana, schowałam kijki i poszłam dalej. Coraz rzadziej spotykałam kogoś na trasie. Gdy ktoś się pojawił dodawaliśmy sobie otuchy, żartowaliśmy i przedzieraliśmy się przez chaszcze i wielkie zwalone pnie drzew, po dzikich stromych stokach. Ktoś chciał już wracać, kogoś łapały skurcze, lub w milczeniu znosił narastające zmęczenie.
U Słowaków kolejne zgubienie trasy. Były trzy opcje: prosto, w lewo, lub w lewo i zaraz w prawo. Strzałka usytuowana na drzewie dwadzieścia metrów za rozwidleniem dróg, prowadziła donikąd. Kilka osób sprawdzało wszystkie drogi, lecz nigdzie nie było dalej wstążek. Zresztą już wcześniej strzałki wskazywały dziwne kierunki, np. w górę do nieba lub krzywo w bok. Kolejny raz staliśmy bezradni. W końcu podzieliliśmy się. Jedni poszli z powrotem wzdłuż strumienia, a my za strzałką w drogę, gdzie nie było drogi, przez jagodziny. Po kilkunastu minutach, jakimś trafem, spotkaliśmy pozostałych biegaczy.
I znowu czekała nas wspinaczka przez krzaki i gęsty las, aż do stromej skałki. Bez pomocy Mateusza, chłopaka, którego wcześniej łapały skurcze, nie dałabym rady. Przy skałkach spotkałam też Kubę. Odtąd było mi raźniej i razem pokonywaliśmy kolejne kilometry. Parliśmy do przodu. Po kolejnym punkcie odżywczym nabraliśmy nieco siły. Kanapki z serem i gorąca herbata czynią cuda. Jednak z czasem, a byliśmy około trzydziestego kilometra, coraz gorzej czułam się na zbiegach z powodu bólu mięśni. Kuba starał się biec z obitą i naciągniętą kostką, a Mateusz zatrzymywał się co jakiś czas nie wytrzymując coraz silniejszych skurczy.
Na Małej Babiej byliśmy na czas, czyli zmieściliśmy się w limicie. Zostaliśmy pokrzepieni dobrym słowem przez wolontariuszy. Mateusz dostał batona na jego skurcze i zdecydował się biec jeszcze dalej. Dobrze nam się wtedy biegło, choć już wszystko bolało. W drodze, w cierpieniu ludzie się jednoczą, pojawia się współczucie, solidarność i chęć wspólnego dążenia do celu. Mówi się, że w ilości siła. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Razem szliśmy, wspieraliśmy się, pomagaliśmy sobie wzajemnie. Jak wtedy rywalizować? I jak pobiec?
Ale w końcu droga zrobiła się na chwilę płaska i po milczącym przyzwoleniu, oderwałam się od naszego trio. Biegłam po wąskich ścieżkach okalających górę, gdy nagle usłyszałam rozdzierający skałę krzyk… Była już daleko, ale przerażona zawróciłam trochę, by sprawdzić, co się stało. Wołałam, a z oddali usłyszałam jak echo głos Mateusza. To tylko skurcz, lecz nie wiem czy aż tak bolesny, czy to dla mnie wszystko stało się tak dotkliwe i ważne. Uspokoiło się… Mateusz szedł pod opieką Kuby, a ja pobiegłam przed siebie z tysiącem myśli i wątpliwości. Zdałam sobie sprawę z tego, że nie przyjechałam do Zawoi, żeby coś wygrać, żeby zająć któreś miejsce na liście. Chciałam dobiec do mety, to był mój cel. Ale DROGA…Nie jest najważniejsze, jak szybko się ją pokona, ale w jaki sposób…i co nam po niej zostanie, że ważny jest drugi CZŁOWIEK…i że nie wolno zostawić kogoś zwłaszcza w górach, bez pomocy. Teraz biegłam sama. Było łatwiej, bo ciągle w dół, po szlaku. Ale zdana na siebie. Myślałam o tych, którzy są już na mecie. Słyszałam muzykę płynącą z doliny, i o tych, którzy są za mną, którzy zostali. Miałam przeczucie, że i tak mnie dogonią, a może tego chciałam… Przy schronisku na Markowych Szczawinach wolontariusze i turyści klaskali mi i dopingowali. Byłam wdzięczna i wzruszona. Samotna walka topiła skałę, choć wiedziałam, że muszę być dzielna…jak w życiu. Jeszcze zdjęcie przy kierunkowskazie i dalej już z górki. Muzykę było słychać coraz głośniej, ale to złudne wrażenie, że zaraz będzie meta, denerwowało mnie.
Zmierzchało… Za mostkiem szeroka droga do Zawoi. Moja radość nie trwała zbyt długo. Pobiegłam parę metrów, a tu kolejna strzałka skierowana w ciemne zarośla, pod stromą górę. Nauczona doświadczeniem kilkunastu godzin, że trasa jest trudna i często poza szlakiem, zaczęłam wdrapywać się chwytając się trawy i gałęzi. Gdy zorientowałam się, że wstążki oznaczającej trasę tam jednak nie ma, zrobiło się już prawie całkiem ciemno, a ja byłam jakieś trzydzieści metrów od podnóża tej obcej, nieprzyjaznej góry. Zagubiona, z rozładowanym telefonem, bez latarki, musiałam podjąć jakąś decyzję. Rozsądek podpowiadał: wróć do strzałki… Zaczęłam po omacku zsuwać się w dół, tak, aby nie potknąć się, nie spaść lub nie sturlać się bez kontroli. Nie miała już czasu. Chciałam spotkać Kubę lub któregoś z zawodników, których wcześniej mijałam. Po kilku chwilach za drzewami zobaczyłam przemykające cienie. To para zawodników biegnąca po trasie. Zawołałam, gdyż nie mogli mnie widzieć przez ścianę lasu. Na szczęście usłyszeli i poczekali na mnie. Teraz cieszyłam się ogromnie, że dogonili mnie, i że mieli latarkę.
O godzinie 20.30 byliśmy w Zawoi… a META? Mety już nie było. Ale dobiegliśmy i w duszy byliśmy zwycięzcami. Ludzie stojący na parkingu wołali: Już nie biegnijcie tam!!! To bez sensu!!! A my wiedzieliśmy, że to ma sens i należy nam się medal, choćby drewniany, tak samo jak tym, którzy dobiegli trzydzieści minut przed nami.




Ludmiła Morawska-Baykowska 2014-08-27



Dane kontaktowe.

Telefon501 272 688
klub@koronapabianice.pl
GG747139

  |  Uwagi   |  Kontakt   |  Słownik   |  Mapa strony   |